RESTAURACJE Lwowa

RESTAURACJE LWOWA

i ich niepowtarzalny klimat!

W 2003 roku podczas jednej z pierwszych wędrówek po Lwowie zauważyłem w pobliżu rynku na jednej z niezwykłych metalowych bram drewnianą tabliczkę z namalowaną niebieską flaszką. Popchałem ciężkie drzwi, które mimo widniejącego na nim kodu były otwarte. Po przekroczeniu wysokiego progu zacząłem podążać z pochyloną głową i rozpostartymi szeroko ramionami niemal całkowicie ciemnym, długim korytarzem. Na jego końcu migotała zapalona duża świeca. Stała tuż przy drewnianych drzwiach z kolejną namalowaną niebieską butelką. Z małą obawą otworzyłem je… Ukazało się oświecone kilkoma świecami wnętrze restauracji o nazwie NIEBIESKA FLASZKA. Wewnątrz zaledwie 6 małych stolików, a na ścianie portret Jurka Kulczyckiego! Kelnerka poleciła zamówić gruzińskie wino i jabłkowego strudla. Ten niesamowity smak pamiętam do dziś! I tak się zaczęło moje zauroczenie restauracjami Lwowa. Zaraziłem tym całą załogę Biura Podróży BIESZCZADER – Mariusz Janik.

Zapraszamy w tym dziale do podróży do Lwowa, ale nie tylko polegającej na zwiedzaniu zabytków. Trzeba go koniecznie połączyć z poznaniem niezwykłego klimatu panującego w przedstawionych przez nas restauracjach. Zapewne nie są one jedynymi, bo co kilka miesięcy wyrywamy się z biura i wracając do Lwowa jesteśmy zaskakiwani przez naszych przyjaciół – przewodników oprowadzających po Lwowie, którzy prowadzą nas do kolejnych restauracji!

Ze względu na niewielkie pomieszczenia w restauracjach Lwowa zachęcamy do poznawania ich w naszym towarzystwie w małych grupach. Najlepiej 5 – 10 osób, a maksymalnie 20-osobowych. Większe grupy zmuszeni bylibyśmy dzielić. Poznawanie klimatycznych wnętrz oczywiście łączymy z najbardziej charakterystycznymi napojami i potrawami.

Załoga Biura Podróży BIESZCZADER zaprasza na poznawanie restauracji niezwykłego Lwowa!

..


Szukając informacji o restauracjach Lwowa znaleźliśmy bardzo ciekawy artykuł Bogusława Bakuły wprowadzający w ten temat i opowiadający także o pierwszych – niestety już nie istniejących restauracjach.
Zachęcamy do przeczytania poniższego artykułu dostępnego w pełnej wersji na: www.eurozine.com/articles/2004-08-17-bakula-pl.html

Świat naukowo-artystyczny

lwowskiej „knajpy” lat 30.

„Szkocka”, „Atlas”, „Pod Gwiazdką

Błąkanie się i „bałakanie” we Lwowie…

Jeśli zastosować modną dziś optykę widzenia kultury miasta z perspektywy baudelaire’owskiego flaneura, łazika, włóczęgi, przemierzającego wszelakie jego oficjalne i nieoficjalne przestrzenie, powiem otwarcie, iż, zapewne nie tylko dla mnie, Lwów stał się okazją do szczególnej wędrówki – w przeszłość. Wiąże się to oczywiście z byłą polskością tego miasta, w przedziwny sposób zintegrowaną z innymi żywiołami narodowymi – ukraińskim, niemieckim, żydowskim, ormiańskim – wpisaną w bogactwo historyczne, które nie pozwala na zadzieranie nosa albo resentyment. Mówienie, że Lwów jest miastem-palimpsestem, to już niemal banał. Pisali o tym Józef Wittlin, Ostap Tarnawskyj, Stanisław Lem, Andrzej Chciuk i wielu innych ludzi pióra – wywodzących się ze Lwowa i okolic bądź jako przybysze doznających w jego przestrzeni, zwłaszcza w dramatycznym wieku XX, nagłych olśnień, ale również odepchnięć, rozczarowań. Inni z kolei lansują obraz miasta-okrętu, co dowodzi odwagi wyobrażeń, jeśli zważyć, że Lwów z wodą był na bakier od zarania. Dziś wydaje się jednym z wielu pozostających na uboczu, prawie zapomnianych miast dawnej Europy środkowej, miastem prowincjonalnym w nie zawsze dobrym tego słowa znaczeniu. Poza tym dzisiejszy Lwów istnieje po części przeciwko swojej historii, wyłania się z obrazów rozmazanych, niepełnych lub celowo fałszowanych i to jest jego dramatem, którego nie spotkamy w poświęconych temu miastu utworach współczesnych ukraińskich twórców. (…)

Urodę miasta poznaje się z ulicy, ale jego smak w lokalu. Współczesny Lwów ma już czym się w tej materii pochwalić (…). Mnie zachciało się zagłębić w przeszłość Lwowa poprzez świat dawnej lwowskiej „knajpy”, poznać niejako smak miasta poprzez legendę i mit tego zjawiska. Czy to możliwe? Zapewne tylko teoretycznie, aliści „smak” legendy czy mitu to określenie nie tak całkiem bezsensowne jeśli się weźmie pod uwagę, że miasto jest właśnie palimpsestem, a więc że nie wszystko z niego wycieka bezpowrotnie wraz z czasem, że zostają trakty, fasady, bramy, że gdzieś po nich błąkają się zapachy, obrazy dawnych biesiad, śpiewy, miłość, strach i nienawiść minionych czasów. Stare mury i podwórka przechowują w sobie nie tylko liszaje grzyba i zapach wilgoci, ale pewien specyficzny klimat, niemożliwy do utrzymania pośród nowoczesnego szkła i betonu. Jeśli jest coś takiego, co nazywamy pamięcią ruin, jakaś memoria urbis, tym bardziej warto kusić się o zgłębienie tajemnicy żywego organizmu, czerpiącego soki z przeszłości.

Im bardziej temat stawał się atrakcyjny, by tak rzec: smakowity, tym więcej odsłaniał kart (menu) już poznaczonych, poniekąd stanowiących coś w rodzaju zaklęć otwierających nie tylko wrota czasu, ale i ludzkie serca. Okazało się, że lwowskie lokale są mitem w ruchu, opowieścią wciąż obecną, ważną dla różnych pokoleń. O lwowskich lokalach wiele napisano, a takie miejsca, jak „Szkocka„, „Atlas„, „Żorż” od dawna mają swoich zaprzysięgłych bardów. Historia została więc opowiedziana, nierzadko „bałakiem”, ową sławną gwarą lwowską, dziś używaną w polskiej literaturze wyłącznie w celu stylizacji. Czyż można było nie czuć zawodu? Lecz wówczas uświadomiłem sobie, że ilość opowieści nie przerasta już w jakość, że kolejni opowiadający mówią w gruncie rzeczy to samo, zmieniając tylko kolejność szczegółów, styl narracji, dobór anegdot. Historia sławnych lwowskich lokali, zamknięta jako fabuła, stała się swoistym mitem, a nawet swoistym „tekstem lwowskim” (w analogii do terminu „tekst petersburski” czy „tekst praski” albo „wiedeński”). Zrozumiałem wtedy, że moim zadaniem nie jest opowiedzenie nowej historii, lecz uczestniczenie w micie poprzez podjęcie opowiadania, może lepiej uczestniczenie w historii z mityzowanej, która zachowując podstawową strukturę zdarzeń mieni się barwnością gawędziarskich ujęć, tak polskich, jak ukraińskich, niemieckich, żydowskich. Do mnie należy zatem nie odkrycie, ale p o w t ó r z e n ie. Autor to memorator, wykonawca historii już opowiedzianej. Tę historię opowiada się po raz tysięczny, jak mit, i tylko tak można ją przeżyć. W tym sensie opowieść o lwowskiej knajpie, zawierająca gawędę i „bałak”, wciąż jeszcze należy do kultury oralnej, znajduje się zatem w sferze mitu pierwszego. Urbanitas Lwowa bez owego mitu byłaby zapewne bardzo uboga.

W tym stwierdzeniu leży odpowiedź na pytanie, dlaczego, próbując dotrzeć do pamięci miasta, wybrałem „knajpę”, a nie na przykład kościół. Wszak Lwów słynął z tego, że świątyń w nim było tyle, ile wyznań i grup etnicznych w dawnej Rzeczypospolitej, co dowodziło szczególnej pozycji miasta i jego kultury w dziejach kilku narodów. Zatem profanum, a nie sacrum?

Chyba również dlatego, że w antropologii miejsca tak szczególnego, jak lokal publiczny trudno pominąć fakt, iż w swojej istocie jest on kosmopolityczny, uniwersalny, że kształtuje relacje międzyludzkie w szczególnej przestrzeni tworzącej przede wszystkim wspólnotę karnawału, w której znikają różnice polityczne, religijne, społeczne, religijne nawet. W tym sensie owo profanum stwarza dogodniejszą okazję do wniknięcia w historię, a poprzez nią również w z mityzowaną opowieść należącą do „tekstu lwowskiego”. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Niemcy modlili się w swoich świątyniach osobno, lecz w knajpach spędzali czas razem, przynajmniej tam się tolerowali. Zresztą również flaneuryzm, jako sposób życia i doznawania świata poprzez wędrówkę szlakiem dobrej wódki, kulinarnych przysmaków i kabaretu, nie toleruje szowinizmu i podziałów. Wędrówka łazika w szczególny sposób integruje miasto, sprawia, że staje się ono całością, niezależnie od tego, ile w nim wewnętrznych, byłych i aktualnych podziałów.

Jeszcze jedno napomknienie. Słowa „knajpa” używam w znaczeniu, jakie przypisywałby mu bywalec odnajdujący w miejscu, które chętnie odwiedza w celach kulinarnych i towarzyskich, pewną swobodę bycia, łamanie sztywnych podziałów społecznych, może nawet jakieś elementy obrazoburcze, emocjonalnie napięte. Knajpa to przestrzeń poza rodziną, biurem i państwem. Nie zapominajmy jednak, że knajpa to również teatr. Zwłaszcza artystyczna.

Głównym, głęboko leżącym motywem jest wrodzony pociąg człowieka do teatru i widowiska, wewnętrzna potrzeba odegrania roli aktorskiej. (…) Im więcej zna się ludzi i scenerię, tym ciekawsze i bardziej pociągające przedstawienie – pisał klasyk tematu Kazimierz Schleyen w Lwowskich gawędach.

Fenomen lwowskiej „knajpy”

Sławę miasta wybornych kawiarń i restauracji Lwów zdobywał już w czasach monarchii austro-węgierskiej. Zresztą to charakterystyczne dla tamtej formacji historycznej, iż liczne miasta przesławnej c.k. monarchii dorobiły się własnych i zarazem ponadlokalnych legend dzięki swoim lokalom. Wyjąwszy kilka sławnych restauracji i kabaretów warszawskich, zrodzonych na fali niepodległościowego entuzjazmu po roku 1918, pozostałe miasta Rzeczypospolitej, poza obszarem Galicji i Lodomerii, posiadają takich, obrosłych w legendy i kulturotwórczych zarazem, miejsc jak na lekarstwo.

We Lwowie już na przełomie XIX i XX wieku powstał szczególny typ lokalu artystycznego, którego klientami byli artyści różnej profesji, rangi, w rozmaitym wieku, przyciągający za sobą snobów i licznych wielbicieli, a do miejsc o gorszej sławie także półświatek. Styl ten, oczywiście modyfikowany w zależności od czasu historycznego, utrzymał się w mieście do roku 1939. Były więc knajpy aktorskie, malarzy, literackie, lokale muzyków, a także przybytki, do których uczęszczały środowiska naukowe – dzisiaj obyczaj niemal zapomniany, jeśli wziąć choćby pod lupę prowincjonalny i senny Poznań. We Lwowie życie towarzyskie toczyło się na kilku płaszczyznach równolegle: w domu, na ulicy i w lokalu. Ten ostatni był czymś niezbędnym dla lwowianina, który nie tylko okazywał się wielbicielem świetnych potraw i plotek, ale również pragnął uczestniczyć w artystycznym życiu miast Polski, wcześniej także c.k. monarchii. Taki był styl lwowskiej metropolii, styl jej wewnętrznej kultury. We Lwowie chętnie zakładano lokale nastawione na założony z góry typ publiczności, serwujące w związku z tym określone i wyróżniające się spośród masy innych potrawy, trunki, style obsługi, wystroje wnętrza. Były więc „knajpy” zawodowe i narodowe – np. żydowskie elegantki upodobały sobie literacką „Romę„, syjoniści zbierali się w „Grand Café„, a ukraińscy patrioci jadali i obradowali w „Narodnoji Hostynyci„. Z kolei Ormianie spotykali się po kawiarniach na zapleczu Starego Rynku. Większość lwowskich lokali dzieliła publiczność raczej pod względem cenzusu materialnego i temperamentu, a także upodobań estetycznych. Narodowość miała mniejsze znaczenie niż zasobność portfela i skłonności towarzyskie. Sławne były przybytki kulinarne i kabaretowe w hotelu „Żorż„, „Café de la Paix„, „Kryształowa„, „Europejska„, restauracja w „Imperialu„. Dorównywały im popularnością kawiarnie Schneidera, Zaleskiego, Kasyno Literackie, również sławne „inaczej” podmiejskie szynki – piwiarnia Kijaka na Górnym Łyczakowie, szynki Icka Spucha, Knoblocha, Swystuna. Kawiarnia, restauracja czy zwykły szynk na przedmieściu w latach 30. były miejscami raczej eksterytorialnymi (choć nie zawsze w szynkach lubiano obcych) i tym różniły się od uniwersytetu, gdzie funkcjonowały ostre podziały polityczne, a getto ławkowe wobec studentów żydowskich stanowiło haniebną plamę na życiu miasta. Dlatego właśnie w tak podzielonym i zróżnicowanym środowisku, jakim był Lwów, integracyjna i ponadnarodowa pozycja „knajpy”, w najlepszym tego słowa znaczeniu, była sposobem wyjścia z wielu konfliktów. Jednocześnie przyczyniła się do wzbogacenia lwowskiego mitu, jak każdy złożonego z legend i faktów obrośniętych rozmaitymi interpretacjami.

Każda przedwojenna dzielnica Lwowa miała swoje lokalowe znakomitości, specjały, rodzaje trunków. Bywalcy, młodzież, spragnieni sensacji dziennikarze, artyści wędrowali z lokalu do lokalu. Ten ruch, jednocześnie horyzontalny – w obrębie dzielnicy – oraz wertykalny – z centrum na peryferie i z powrotem, to ruch integrujący miasto. Tworzy z niego, mimo różnych podziałów, jeden organizm. Wędrowano bowiem w poszukiwaniu szczególnych atrakcji, racząc się w jednym miejscu np. wyborną wódką, w innym szczególnym smakiem barszczu lub „warenykiw”, z ukraińska mówiąc. Miasto stawało się gąszczem, labiryntem, tortem o wielu warstwach. W Rynku królowali żydowscy restauratorzy Atlas i Naftuła oraz importerzy win – sławni Didolić i Prpić, a także Stadtmüller. Na peryferiach sławę zdobył niejaki Swystun, lubiano także winiarnię Perontoniego. Na łyczakowie knajpek i pospolitych szynków było co niemiara. Wiele z nich cieszyło się złą sławą, jak siermiężne „mordownie” Icka Spucha i Knoblocha, królestwo lwowskiego „batiara”. Mimo tego chętnie odwiedzane były przez różnych cyganów, flaneurów, spiskowców, wyrzutków, młodych poetów i malarzy spragnionych sensacji, egzotyki, mocnych wrażeń.

Do tekstu lwowskiej knajpy lat 30. należy więc to, że funkcjonując w wielonarodowym środowisku, mogła ona pełnić rolę integrującą, jak też odgrywać rolę swoistego agonu, stawiać na rywalizację środowisk, generacji. System społeczny, tak wyraźnie ukazujący rozwarstwienie w centrum miasta, podczas oficjalnych gali, politycznych imprez, wojskowych parad, w knajpie mógł ulegać zamazaniu, zwłaszcza w „knajpie” artystów i uczonych, a te są przede wszystkim obiektem moich rozważań. Zatem arystokraci i wieśniacy, komuniści i prawicowcy, bigoci i bezbożnicy mogli tu uczestniczyć w zdarzeniu, które w innymi miejscu nie miało szansy, by zaistnieć.

We Lwowie dopada mnie legenda trzech szczególnych miejsc, w których sztuka, wiedza, polityka i gastronomia w nader głębokim się znalazły związku, dając efekt niezwykły, który przerósł ich krótki żywot. „Szkocka„, „Atlas„, „Pod Gwiazdką” . Otaczający je niegdyś genius loci to kapryśny duch, znikliwy, niełatwo odnaleźć jego ślady we Lwowie. Tym bardziej narasta odruch mityzacji, pozwalający na literackie potraktowanie materii.

Restauracja Szkocka i Księga Szkocka

Pierwsza opowieść wiąże się z mitem kawiarni o nazwie „Szkocka”. Od niej wzięła swoją nazwę Księga Szkocka, tajemniczy i do dziś inspirujący matematyczny zapis zagadek, a może i losów świata naszego i światów do niego równoległych. Ta historia wiąże się z losami polskiej szkoły matematycznej, z teorią przestrzeni Stefana Banacha i podanymi w Księdze możliwościami jej rozwiązania. Jej magiczna zawartość wywarła wpływ na niejedno odkrycie matematyczne.

W „Szkockiej” dnie i wieczory, nieraz do wczesnego rana, przesiadywali ludzie, których razem w innym miejscu zebrać było wręcz niepodobna. Nie pozwoliła na to przede wszystkim historia. Pod oknem grupa zawzięcie dyskutująca nad serwetką pokrytą znakami – spór, a może kłótnia, matematyków. Stolik Stefana Banacha, Hugona Steinhausa, Stanisława Ulama, Władysława Orlicza, Antoniego Łomnickiego, Stanisława Mazura. Najmłodszy wśród nich – Banach, geniusz matematyczny i samouk – cieszył się największym poważaniem. W tej dusznej salce, otoczonej na szczęście sporej wielkości oknami, rodziły się podstawy nowoczesnej matematyki, w której teoria przestrzeni Banacha odgrywa rolę kluczową. Lecz nie tylko. Stanisław Ulam, współtworząc amerykańską bombę wodorową, opierał się na poglądach tu właśnie formułowanych (zbyt odważnych, by mogły zaakceptować je ówczesne gremia akademickie). Wypijano wielkie ilości czarnej kawy, wódki i rysowano, liczono. Na serwetkach, marmurowych blatach stolików. Kiedy jakiegoś wieczoru nie udało się rozwiązać postawionego problemu, służba wynosiła zapisane kredą blaty stołów do spiżarni i na drugi dzień, przy silniejszej głowie, siadano znów do rozwiązywania. Nierzadko gorliwa sprzątaczka, widząc pomazane kredą stoliki, czyściła je złorzecząc pod nosem bałaganiarskim klientom. Tak przepadła niejedna teoria. Wysuwano nowe. Sam Banach zapisywał większość swoich pomysłów na serwetkach. Potem je gubił, niszczył. Z kilku ocalonych powstały cenne, choć ułamkowe prace uczniów. Za rozwiązanie problemu przyznawano wspólnie dowcipne nagrody. Tomasz Zieliński, właściciel „Szkockiej”, wpadł na pomysł, by postawione teorie, pytania, zadania zapisywać, aby nie ginęły bezpowrotnie. Chronił w ten sposób cenne marmurowe blaty, które niszczały pod naporem kredy i wody. Tak zrodziła się sławna w dziejach światowej matematyki Księga Szkocka, zeszyt, w którym notowano zadania i aporie. Między innymi za rozwiązanie „problemu nr 153″ postawionego w 1936 roku przez Stanisława Mazura nagrodą miała być żywa gęś, wedle pomysłu Banacha. Otrzymał ją dopiero w 46 lat później szwedzki matematyk P. Enflö, kiedy wywiezioną w czasie wojny Księgę udostępniono nielicznym światowym matematykom, którzy mogli coś z niej zrozumieć. Powstała tradycja, którą kontynuuje elitarne grono największych autorytetów w tej dziedzinie. Gorliwi Amerykanie doliczyli się ponad 11 tys. ważnych prac naukowych, które w tytule zawierają sformułowanie „teoria Banacha”, ale co z tego, jeśli tajemnice Księgi Szkockiej potrafi zrozumieć tylko garstka wtajemniczonych geniuszy. Zatem niewiele tych żywych gęsi, bodaj najcenniejszego matematycznego wyróżnienia za rozwiązanie zadania wpisanego do Księgi Szkockiej, przyznano. O wiele mniej niż nagród Nobla. Stąd płynie kolejny wniosek o roli tego ptaka w dziejach. Zbiór zadań otwierał wpis Stefana Banacha z 1936 roku, a zamykał problem sformułowany przez Hugona Steinhausa w maju 1941 roku. Do dziś Księga Szkocka wabi swoimi tajemnicami, przewyższającymi zapewne zagadki drugiego tomu Poetyki Arystotelesa, tak zgrabnie opowiedziane w Imieniu róży przez utalentowanego italijskiego semiologa. Czy istnieje lepszy temat ma powieść postmodernistyczną Księgę opublikowano, to, co możliwe, rozwiązano, ale podstawowa część wiedzy tam zawartej jest strzeżona przez nieliczne umysły zdolne przekroczyć wyśrubowaną skalę trudności. Księga zawiera teorie i podpowiedzi rozwiązań, których poznanie, być może, otwiera inne drzwi. Jest księgą władzy, jaką daje dziś matematyczna wiedza o istocie świata… A więc wszystko może się jeszcze zdarzyć.

Po drugiej stronie sali naraz wybucha lekka sprzeczka. Potężny mężczyzna z białą brodą odpiera w dyskusji argumenty trzech młodszych adwersarzy. To Kazimierz Twardowski, twórca lwowsko-warszawskiej szkoły filozoficznej. Wielki filozof, nauczyciel, moralny autorytet. Wysoki mężczyzna, szczupły, naprzeciw niego, to Tadeusz Kotarbiński, obok niższy, też z wąsem, Władysław Tatarkiewicz, a ten, który poruszył emocje Mistrza, to nasz bliższy znajomy, autor Das Literarische Kunstwerk – Roman Ingarden. Do rozmowy zapewne włączą się młodsi, później wielcy filozofowie, tacy jak Kazimierz Ajdukiewicz, albo zaledwie studenci, a już dopuszczani do stolika, jak Izydora Dąbska, Władysław Witwicki. Tu Twardowski pisał swoje teorie naukowe. W „Szkockiej” odwiedzał go i Banacha – Willand Quine. Szkoła Twardowskiego zapewniła ciągłość współczesnej filozofii polskiej i wpływała poważnie na niektóre działy filozofii światowej, choćby poprzez teorie Tadeusza Kotarbińskiego, Romana Ingardena, Władysława Tatarkiewicza, Kazimierza Ajdukiewicza, Stanisława Ossowskiego, Alfreda Tarskiego. Jedno magiczne miejsce, silny genius loci; iluż to znakomitych ludzi przebywało w „Szkockiej”. Nie ma dziś po tym ani śladu. A przecież nawet czysto ukraiński Lwów mógłby z dumą wystawiać tak chlubne pamiątki swojej przeszłości, swój historyczny wkład do dziejów kultury świata. środowisko to było międzynarodowe. W debatach, żartach i popijawach brali udział obok Polaków Niemcy, Żydzi, trudno powiedzieć, w jakim stopniu Ukraińcy. Pod koniec lat 30. kilkakrotnie był w „Szkockiej” von Neumann, twórca bomby wodorowej, proponując przed wybuchem wojny wszystkim polskim matematykom wyjazd do Ameryki. Kilku – Ulam, Steinhaus, Infeld – wyjechało. Stefan Banach – największy uczony polski XX wieku – pozostał. W czasie okupacji utrzymywał się z karmienia wszy w Instytucie Weigla. Zmarł na gruźlicę – w 1946 roku we Lwowie. Pochowany jest w grobowcu rodziny Riedlów na Cmentarzu Łyczakowskim. Księga Szkocka do dziś pozostaje jego największą tajemnicą. Tylko on znał wszystkie klucze do tego, co w niej zostało zapisane. Prawie nieznany w Polsce, Stefan Banach jest jednym z władców przyszłości. (…)

Restauracja POD GWIAZDĄ

Ten lokal należał do szczególnych nie z powodu wyjątkowych potraw. Jedzono dobrze, jak to we Lwowie. O jego osobliwości stanowili pospołu, jak poprzednio – gospodarz, krąg jego gości oraz obyczaj.

Gospodarz – zwany Swystunem, a po polsku świstunem (inaczej nie mówiono) – oferował wyszynk tanio i do rana. Nie znał się na sztuce ani literaturze, ale dobre wyczuwał, że przysłane przez krewnych z Ameryki pieniądze należy lokować w pewny interes, a tym we Lwowie była knajpa artystyczna. Wyczuwał, że jego klientem będzie młodość, cyganeria, opozycja. Trafił dobrze. Tu zbierała się lewicowa młodzież, wpadali lewicowi inteligenci, jak Karol Kuryluk czy Stanisław Piętak z kręgu gazety lwowskiej „Sygnały”, ukraińscy literaci z kół lewicowych, ale były też sygnały inne, mówiące, że do tej knajpy zaglądają konspiratorzy, działacze zdelegalizowanej KPZU, a nawet może i członkowie organizacji bojowych. Było ekscytująco, niekiedy strasznie, choć przede wszystkim, jak to w lokalu, wesoło.

Wzorem gości „Atlasa” młody plastyk Stanisław Toegel wykonał świetne karykatury bywalców knajpy, która pękała w szwach, ponieważ kredyt u gospodarza był stosunkowo wysoki. Dwaj poeci, Tadeusz Banaś i Tadeusz Holender,uwiecznili te wieczory w poemacie będącym parodią mickiewiczowskiej Pani Twardowskiej, którego bohaterem jest sławny później twórca awangardowych powieści historycznych Teodor Parnicki, zwany tam „Pijodorem”. Parnicki we Lwowie znany był jako autor sławnej powieści historycznej Aecjusz, ostatni Rzymianin, a także jako twórca minipowieści kryminalnych ukazujących się odcinkami na łamach brukowej gazety „Niedziela Rano”, tuż obok lwowskich wierszy Henryka Zbierzchowskiego. Ta pijacka ballada, pełna gaskonady i bufonady – zawierała strofy niezbyt wysokiego lotu:

Huczą od brzegu do brzegu
cienkim pijackim dyszkantem,
A świstun od Baczewskiego
wódkę sprowadza hydrantem….
Pijodor leje w Banasia,
jak w kufę wielką, jak w kufę,
Hollender zalewa Stasia,
Kruczkowski włazi na bufet…[8] 8

Aluzyjny poemat wysoce poważanej we Lwowie Beaty Obertyńskiej Anioł w knajpie dotyczy zdaje się również obyczajów znanych „Pod Gwiazdką”.

Mity mają swoje życie, dają impuls fantazjom i fikcjom, które jednak gdzieś w świecie zaczynają się materializować, stają się faktami, tworzącymi tkankę kolejnego wykonania mitu.

Pisane źródła tego nie podają, lecz wiadomo skądinąd, że ulubionym trunkiem bywalców „Pod Gwiazdką” – zjawiających się w zadymionym lokalu w modnych skórzanych kurtkach i okrągłych skórzanych czapkach dzieci rewolucji – był „nagan„, wódka pieprzowa (a właściwie spirytus pieprzowy, z dodatkiem ingrediencji znanych tylko Swystunowi. W świadomości konsumenta (jeśli ją jeszcze posiadał) objawiała się podobno jak strzał z nagana – zwalała z nóg, a mogła być śmiertelna. Swystun ustawiał na kontuarze rząd dużych kieliszków, rozlewał swój trunek szybko, nie dbając o ilość, zapadała cisza. Potem szybki ruch rąk kilku mężczyzn, otwarte usta, cisza, ktoś się chwieje, ktoś pada z nóg,. Wynoszą. Następny „strzał”. I następny. Płaci ten pan z rogu. Nie jest ważne, jak się nazywa. To towarzysz…? Nie wypada spoglądać zbyt natrętnie. Rewolucyjna młodzież znała zasady konspiracyjnej etykiety. Nie patrzeć, udawać, że nic się nie wydarzyło – było oznaką szacunku. Wieczory u Swystuna zapełniała lewicowa młodzież polska, ukraińska i żydowska, mniej więcej zgodnie zwalczająca lwowskie artystyczne autorytety. Te spotkania, pełne także gorących dyskusji o przyszłości, okazywały się również wyzwaniem dla ówczesnego establishmentu politycznego. A potem przyszła wojna i inne gwiazdki spadły na Lwów. Gdzieś zniknął Swystun. Czy może dosięgnął go strzał z prawdziwego rewolucyjnego nagana? A może przeżył wojnę i dokończył życia w konc-taborze, jako przedwojenny restaurator i burżuazyjny nacjonalista? Jedna z opowieści mówi, iż prawdopodobnie ukrył się w Polsce, której nie lubił, ale bez której nie umiał robić interesów, i daleko, gdzieś na ziemiach zachodnich, wciąż pędził swój straszliwy bimber zwany „naganem”. Czy wówczas jeszcze marzył o rewolucji w trunkach?

Zakończenie

Oto trzy oblicza lwowskiej knajpy tworzące fragment mitu: „Szkocka” na rogu Akademickiej i Łozińskiego, „Atlas” w Rynku pod numerem 45, lokal artystycznej cyganerii z łyczakowskiej „Pod Gwiazdką„. Mit ten zawiera opowieść o księdze zapowiadającej przyszłe losy świata i wieść o światach równoległych w znakach matematycznych; jest historią ścian, które były gazetą, żartem, ale jednocześnie swoistym skrótem losu wielu ludzi; wreszcie jest w nim opowieść o gospodarzu i jego gościach zapowiadających apokalips historii. Księga – ściana – rewolucyjny manifest sprowadzony do metafory „nagana”. Trzy „knajpy” to trzy typy spotkania i trzy modele komunikacji wiedza – sztuka – polityka. To wręcz odrębne modele społeczne: elitarno-uniwersytecki, artystyczno-kresowy, rewolucyjno-miejski. Oczywiście, płaszczyzną, na której wszystko to można świetnie pomieścić, jest para teatr. Tutaj mogły się one przenikać, na pewno zaś – współistnieć. Ekstrawersja miasta – wielonarodowego organizmu – powodowała, że panowała tu atmosfera sprzyjająca niejako twórczości na scenie (a sceną była lwowska „knajpa”!).

Najbanalniej rzec można, iż te lokale odsłaniały różne warstwy kultury i stylu życia Lwowa oraz jego mieszkańców. Jak w żadnym innym mieście istota i zagadka „knajpy” – kawiarni, restauracji, szynku – wynikała z osobliwej kultury miejsca i wrażliwości jego mieszkańców, z osobliwego genius loci. Duch miejsca jest dziś pewną zagadką. Zagadką wydaje się Lwów, miasto paradoksalne, pozornie łatwe i zrozumiałe, a jednak wciąż kryjące w sobie wiele tajemnic.